Schwarz: To jest walka o przyszłość Polski i całej Unii

„Dwanaście lat temu, nikt nie zauważał naszych firm transportowych, byliśmy malutcy. Dziś Polska ma największą flotę w Europie” – tak, w wywiadzie do Dziennika Polskiego z 4 sierpnia zwraca uwagę wicepremier i minister rozwoju Mateusz Morawiecki. Obecnie Polska staje się realną konkurencją dla świata zachodniego, gdzie coraz częściej nasze produkty i usługi stają się bardziej konkurencyjne, nie tylko w kwestiach cenowych, ale także jakościowych. Polskie przedsiębiorstwa delegują na Zachód w ramach świadczenia usług pół miliona pracowników, a w okresach sezonowych nawet 800 tysięcy.

W wyniku inicjatywy legislacyjnej Komisji Europejskiej i przewidywanej nowelizacji dyrektywy 96/71 o delegowaniu pracowników, na polskie firmy zostanie nałożony szereg nowych barier i wymogów, które spowodują, że ich usługi będą znacznie droższe niż te świadczone przez firmy lokalne. Nie jest prawdą, że przełoży się to na wyższe wynagrodzenia dla polskich pracowników delegowanych. Według najnowszych badań,  koszt ich pracy nie jest niższy w porównaniu do pracowników z państw starej Europy. Po zmianach proponowanych przez Komisję na pewno będzie wyższy.

W opinii ekspertów, w tym Stefana Schwarza – prezesa Stowarzyszenia Inicjatywa Mobilności Pracy zmiany prawne spowodują zniszczenie wspólnego rynku pracy. „To jest walka o przyszłość Polski i całej Unii, wojna o wszystko”. Zmiany w dyrektywie, które w opinii unijnej komisarz ds. zatrudnienia, spraw społecznych, umiejętności i mobilności pracowników Marianne Thyssen mają zapobiec niesprawiedliwości płacowej, przyczynią się jedynie do konkurencyjnego wyeliminowania polskich firm z unijnego rynku.

„To nieprawda, że firmy z zewnątrz ponoszą identyczne koszty jak miejscowe. Muszą przecież dowieźć i zakwaterować pracowników, opłacić wiele czynności administracyjnych, tłumaczeń, deklaracji i zgłoszeń, porady prawne w Polsce i za granicą. Miejscowi nie mają tych wydatków. Jeśli więc zrównamy stawki i zasady wynagradzania pracowników, eksport usług nikomu się nie opłaci” – dodaje Stefan Schwarz.

Komu zatem zależy na obecnych reformach? Czy zmiany są forsowane pod naciskiem związków zawodowych i populistycznych polityków z najbogatszych państw UE? W opinii posłanki Danuty Jazłowieckiej forsowana nowelizacja „opiera się na stereotypach, nieaktualnych i zmanipulowanych danych”. Trzy lata temu na skutek kryzysu gospodarczego wprowadzono kompromisową dyrektywę wdrożeniową. Niedługo później temat ponownie powraca. Dlaczego? Zdaniem ekspertów, populistyczni politycy eksploatują w ten sposób hasło „powstrzymywania napływu obcych”, próbując pozyskać w ten sposób poparcie wśród swoich wyborców.

W lipcu KE po raz pierwszy w historii odrzuciła „żółtą kartkę” uruchomioną przez parlamenty 11 państw, a więc procedurę ostrzegawczą sygnalizującą, że obecna zmiana jest niezgodna z Traktatem. Według inicjatorów protestu, przeprowadzane reformy pogorszą sytuację biedniejszych krajów członkowskich, przyczyniając się do rozkładu fundamentalnej idei pomocniczości UE.

Decyzja Komisji o odrzuceniu opinii parlamentów krajowych oznacza, że walka o pozostanie polskich firm usługowych na rynku unijnym przeniesie się na forum Parlamentu Europejskiego oraz Rady. W PE kluczowe znaczenie będzie miała postawa największego ugrupowania – Europejskiej Partii Ludowej. W pracach Rady, możliwe będzie zażądanie głosowania wg tzw. systemu nicejskiego, dając tym samym przewagę tym, które zgłosiły „żółtą kartkę”. Jednak już teraz wiadomo, że głosowanie odbędzie się po 31 marca przyszłego roku, kiedy system nie będzie już funkcjonował.

Ocen post!